22 wrz 2016

Rozdział 1. „Szczęście w nieszczęściu”

Od razu strasznie przepraszam!


Wiem, że od lutego minęło aż siedem miesięcy i nie mam nic na swoją obronę. Miałam czas na pisanie i wenę, ale nie potrafiłam ubrać to co chciałam w słowa. Zajmuje się tłumaczeniem fanfiction z fandomu HP (serdecznie zapraszam do czytania), a także OVA yaoi, czyli nie próżnowałam i cały czas myślałam o moim opowiadaniu. Może z tym rozdziałem coś we mnie ruszy i kolejne rozdziały będzie mi łatwiej napisać, ale niczego nie obiecuje. Nie chcę nic takiego robić jeśli mam tego nie dotrzymać. To byłoby strasznie niekonsekwentne, nieprawdaż? No dobrze, już nie przynudzam.

Zapraszam do czytania :)

_____________________________________________________________


„Dlaczego wszystko nie jest tak jakbym sobie tego życzył? Moje ciało przeszywa ból rozpaczy, który zaczyna się w koniuszkach palców u stóp i przemieszcza się do całego ciała, atakując mocno głowę i kończąc się w sercu. Czuje się jak nic nie warty śmieć... Dlaczego śmierć bliskich musi tak bardzo boleć? Umierając wyrwałaś mi serce i zabrałeś je z sobą do grobu. Dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego, mamo...?




Czasy obecne, Oslo

Czasami dzieje się tak, że mamy cale życie i wszystkich bliskich gdzieś, a gdy nadchodzi koniec, dopiero wtedy się do siebie zbliżamy. Coś takiego zdarzyło się i mnie. Mam na imię Lukas i mam 19 lat. Osoba, która ograbiła mnie ze wszystkich uczuć i emocji to moja matka. Pięć miesięcy temu popełniła samobójstwo z nieznanej mi przyczyny. Cóż, nie do końca nieznanej. Ostatnio dotarłem do przyczyny jej postępowania, ale wcześniej nikt mi nie chciał nic powiedzieć. Tym powodem był mój ojciec i jego kochanka. Niestety muszę żyć z nimi i z synem tej dziwki. Dodatkowo na moje nieszczęście jest on w moim wieku, a jego imię to Loki. W tym roku kończę liceum i w końcu będę mógł się stąd wyrwać. Nie zależy mi na tej rodzinie, bo ja już do niej nie należę. Jedyną osobą, która mnie trzymała w tym domu była moja matka. Piękna kobieta o blond włosach i o jasno niebieskim kolorze tęczówek. Mimo, iż kolor jej oczu był strasznie zimny, to jej spojrzenie zawsze było bardzo ciepłe. Nie ważne co się działo, chwila w jej ramionach dodawała mi energię do działania na kilka miesięcy. A teraz co? Zostałem sam i jestem bezradny jak małe dziecko. Właśnie siedziałem przy biurku i zamiast się uczyć na sprawdzian z niemieckiego rysowałem. W sumie, nie chwaląc się zbytnio, jestem bardzo dobry z tego przedmiotu. Wystarczy, że przejrzę zrobione zadania i powtórzę słówka, ale teraz nie mam do tego głowy. Powtarzamy cały materiał z pierwszej i drugiej klasy – banał i katorga w jednym. Mam duszę artysty, ale przez cały czas rozwijałem tylko część swoich talentów. Wokal mam opanowany do perfekcji, a od roku uczę się gry na gitarze. Jestem już na dosyć zaawansowanym poziomie, dlatego zabrałem się za rysowanie. Ostatnio ołówek miałem w ręce, gdy w gimnazjum tworzyłem pojedyncze obrazki okropnie nudząc się na lekcjach chemii. Nigdy nie lubiłem tego przedmiotu i nie zmieni się to w najbliższej przyszłości. Cztery lata to sporo czasu, by zdążyć zapomnieć co się umiało. Ktoś dobijał się do moich drzwi, więc musiałem się zwlec z krzesła i otworzyłem je z obojętną miną. Od śmierci mojej matki jeszcze ani razu się szczerze nie uśmiechnąłem i myślę, że to już nigdy nie nastąpi. W drzwiach stała moja macocha dlatego też wyciągnąłem słuchawki z uszu i spojrzałem na nią.

-Tak?

-No nareszcie! Ile można cię wołać? Kolacja jest na stole, więc zapraszam na dół. - Odwróciła się i po tym krótkim oświadczeniu zeszła po schodach zostawiając mnie samego. Zamknąłem drzwi i opierając się o nie westchnąłem głęboko. Nienawidzę tego. Myśli, że jak zajęła miejsce mojej matki to się nią stała – nic bardziej mylnego! Wyłączyłem swojego niebieskiego iPoda (uwielbiam ten kolor!), narzuciłem na ramiona bluzę i po zgaszeniu lampki zszedłem na dół. Przy stole siedzieli już mój ojciec, macocha i mój „brat”. Kobieta zajęła miejsce przy mężu, więc ja musiałem usiąść obok mojego życiodawcy, naprzeciwko blondyna. Loki rzucił mi tylko przelotne spojrzenie, a głos zabrał głowa domu.

-Ile razy matka ma cię wołać? Nie pamiętasz już, o której mamy kolację? Jesteś rozpieszczonym bachorem!

Westchnąłem cicho żeby nie powiedzieć tego, co właśnie cisnęło mi się na usta.

-Wiem, ale nie słyszałem.

-Jak można nie słyszeć krzyku? Ten dom nie jest aż tak wielki.

„Nawet nie wiesz jak bardzo nad tym ubolewam.” – pomyślałem po czym wziąłem sztućce w dłonie.

-Miałem słuchawki w uszach, więc miałem prawo nie słyszeć. Możemy już jeść?

-Ty i ta twoja muzyka! Nie rozumiesz, że nic w ten sposób nie osiągniesz? Twój wybór nie ma przyszłości. Jak chcesz utrzymywać rodzinę i ją wykarmić?

Zacząłem jeść nie przejmując się monologiem ojca. Zawsze go wygłasza, a ja mam już tego dość. Kątem oka zauważyłem, że ten blond-włosy gnojek śmiał się ze mnie pod nosem. Obracając lekko głowę posłałem mu pogardliwe spojrzenie. Trochę się zdziwił, ale nie przejąłem się nim. Zjadłem do końca i podniosłem się dziękując za posiłek.

-Słuchasz mnie w ogóle? Ty niewychowany gnojku! Trochę szacunku!

Przyjrzałem mu się z politowaniem i włożyłem naczynia do zlewu.

-Nie unoś się tak, bo ci ciśnienie skoczy. Będę u siebie. - Ruszyłem schodami na piętro zostawiając moją „wspaniałą rodzinkę” samą.

-Ty bezwartościowy smarkaczu! Jesteś tak samo bezczelny jak twoja matka!

-Kochanie uspokój się. To nastolatek, wszyscy w jego wieku się buntują.

-Jakoś Loki potrafi być normalny, a są w tym samym wieku.

-W sumie racja… Wiesz, mam chyba pomysł jak go ukarać.


                                                           * * *

Gdy zalazłem się w pokoju westchnąłem ciężko po raz kolejny tego dnia. Niezbyt obchodziły mnie słowa tego starego pryka, ale wzmianka o matce poruszyła drażliwą strunę w moim sercu. Jak on śmie mówić tak o tej wspaniałej kobiecie?! Oddała mu całe swoje życie, pokochała go, dała mu swoje serce, urodziła mnie, a on ma jeszcze czelność być niezadowolony! Oby zdychał długą i powolną śmiercią. Moja wspaniała rodzinka, ta… Usiadłem przy biurku i włączyłem laptopa. Dłużej nie wytrzymam w tym wariatkowie! Zacząłem przeglądać różne licea. Najbardziej interesowały mnie te najdalej od domu. Kocham Oslo, ale oszaleje jeśli będę musiał tutaj kończyć rok. Mamy listopad, zostało mi jeszcze tylko nie całe pięć miesięcy do końca semestru. Za pół roku napiszę maturę i będę wolny. Nie chcę opuszczać Norwegii dlatego gdzieś tutaj muszę szukać szkoły. Mój przyjaciel Emil wspominał mi coś o tym, że będzie studiował tam, gdzie teraz chodzi do szkoły średniej. Co prawda jest dwa lata młodszy, ale już teraz wie co chce robić w życiu. W sumie to strasznie jęczał i płakał, że będziemy rozdzieleni. Odkąd pamiętam Emil był przy mnie. Nasz matki znały się bardzo dobrze odkąd zamieszkały obok siebie, dlatego jesteśmy trochę jak bracia. Jest wspaniałym sportowcem. Nie ma dyscypliny, w której nie byłby świetny. Najbardziej lubi siatkówkę, w przeciwieństwie do mnie. Ja wolę pływanie, łyżwiarstwo (w każdej postaci) i strzelanie z łuku. Ma jednak piętę Achillesową, którą często wykorzystuje przeciwko niemu, ale o tym kiedy indziej. Włączyłem Facebooka i napisałem do niego by podał mi nazwę tej placówki. Niezbyt przepadam za tym komunikatorem, więc wylogowałem się szybko włączając cicho muzykę i powróciłem do rysowania. Nie miałem ochoty na babranie się farbami czy pastelami dlatego zająłem się samym szkicem. Szkicowałem jesienny las nocą - drzewa bez liści, mgliste niebo. Takie obrazy kojarzą mi się z Halloween i podobnymi mrocznymi uroczystościami. Tegoroczne święto zmarłych spędziłem w domu leżąc w łóżku, chory. Emil był nie pocieszony, ale na chorobę nic nie można poradzić prawda? Obiecałem mu, że następnym razem spędzimy ten dzień wspólnie. Gdy skończyłem z cieniowaniem wziąłem obrazek w dłonie i przyjrzałem mu się z większej odległości prostując ramiona. Nigdy nie byłem zadowolony ze swojej pracy dopóty, dopóki nie oczarowała mnie, a całokształt nie przenosił do świata przedstawionego na kartce. Ten rysunek był jak najbardziej udany. Oczami wyobraźni widziałem jak nocą spaceruje po tym lesie boso, a lekki powiew wiatru i ciche pohukiwanie sowy dopełniają całość jako tło. Czułem pod palcami u stóp suche liście leżące na ścieżce, a mijające przeze mnie drzewa wyglądały jakby mi się kłaniały. Kora pod palcami mojej dłoni była sucha i szorstka. Mgła stawała się coraz gęstsza aż wszystko stało się białe. Wziąłem głęboki oddech nie zdając sobie sprawy, że cały czas go wstrzymywałem. Tak, moje rysunki potrafią być niebezpieczne. Wiem, że to absurdalnie brzmi, ale tak właśnie jest. Potrafią tak zaabsorbować, że człowiek traci dech w piersi lub może postradać zmysły. Niestety zdarzyły się takie dwa przypadki, dlatego dyrektor osobiście poprosił mnie bym niczego nie publikował w gazetce szkolnej i żebym na razie wstrzymał się z wysyłaniem prac na konkursy. Nie tylko moje obrazy są przeklęte. To samo się dzieje, gdy śpiewam – ludzi ogarnia euforia lub bezgraniczna rozpacz. Nie żebym był jakimś czarodziejem czy coś. Nie, po prostu… To zależy od ludzkiego serca. Mój głos wydobywa najskrytsze pragnienia chowane w ludzkich sercach i wzmacnia je. Jedni nazywają to darem, inni przekleństwem. Sam nie wiem co mam o tym myśleć, ale wiem jedno – rodzina mojej matki jest za to odpowiedzialna. Ona zawsze wydawała mi się taka mistyczna, eteryczna, tajemnicza… Moje rozmyślania przerwał dźwięk wiadomości. Odblokowałem telefon i szybko przebiegłem wzrokiem po linijkach tekstu :

„Wbij na Fejsa! Odpiszę na wszystkie twoje pytania! :D”

Emil – jakże by inaczej. Tylko on potrafi wywołać u mnie taką konsternację. Nie żebym był jakoś specjalnie stary, ale czasami czuje jakbym był z innej epoki. Po prostu nie nadążam za tymi wszystkimi nowinkami i młodzieżowym stylem wysławiania się. Oczywiście używam mowy potocznej, ale są rzeczy, z którymi sobie nie radzę w tym elektronicznym świecie. Z cierpiętniczym wyrazem twarzy i jękiem rannego zwierzęcia uruchomiłem komunikator. Od razu po wyświetleniu komunikatu rzuciły mi się w oczy odpowiednie informacje :

Arendal – Akademia „Canto Sirenes” pod patronatem rodziny królewskiej z rodu Oldenburg, linii Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg. No, no… Nazwisk to sobie podobierali cały kram, nie ma co. Następnie było kilka broszur, zdjęcia i szczegółowy opis całej placówki. Nie powiem, Emil się spisał, ale co z tego jak moim największym problem jest wydostanie się z tego więzienia. Z moimi dotychczasowymi ocenami spokojnie mógłbym dostać stypendium, ale co zrobić by ojciec mnie stąd dobrowolnie wypuścił? Jeśli ucieknę postawi całą policję na głowie, a do tego ustali dozór kuratora i bransoletę na nogę bym nie mógł wychylić nosa poza swój pokój. Nie wiem któremu bóstwu podpadłem we wcześniejszym wcieleniu, ale musi się teraz bardzo cieszyć ze swojej zemsty i mojej niedoli. Nie ma co teraz sobie nad tym łamać głowy. Jest późno, więc mój mózg nie funkcjonuje tak jakbym tego chciał. Jutro jest sobota co oznacza dużo czasu nad wymyśleniem planu „ucieczki z przymusowego obozu przetrwania” (czyt. domu). Poskładałem szybkie podziękowania dla przyjaciela za tak klarowne informacje i za czas poświęcony na ich zebranie, po czym wykręciłem się zmęczeniem, co tak na dobrą sprawę nie było wymówką. Naprawdę zrobiłem się senny, dlatego wyłączyłem laptopa i po szybkim prysznicu leżałem w moim ukochanym łóżku tuląc w ramionach różowego, pluszowego królika. Może się to wydawać śmieszne i dziecinne, ale mnie to nie obchodzi. To jedna z nie wielu pamiątek, która mi została. Dostałem Konge* od mamy na piętnaste urodziny. Nigdy się z nim nie rozstałem i nie rozstanę. Tylko dzięki niemu mogę normalnie sypiać. Nie ma nikogo kto by mógł wypełnić pustkę w moim sercu. To nierealne i niewykonalne. Z taką myślą oddałem się w ciepłe ramiona Orfeusza.


                                         * * *

Rano obudziłem się dosyć wcześnie, ale to nie było nic nowego czy dziwnego. Jestem do tego przyzwyczajony. Można by rzec, że jestem rannym ptaszkiem. Jako dziecko wstawałem wcześnie rano tylko po to, aby zobaczyć jak promienie słońca rozświetlają szczyty górskie. Tym razem nie było inaczej. Wstając spojrzałem na zegar wiszący nad biurkiem - wybiła dokładnie szósta rano. Szybko zarzuciłem na ramiona ciepłą bluzę i wyszedłem na balkon. Odliczałem sekundy aż w końcu zobaczyłem to co każdego ranka - jasny promień powoli sunący po hałdach białego puchu. Zawsze go obserwowałem aż do momentu, kiedy docierał do pierwszych dachów domów w mieście. Wtedy zadowolony mogłem wrócić do pokoju rozcierając zamarznięte ciało. Zabrałem czyste ubrania i poszedłem do łazienki. Tak wczesne pobudki miały swoje plusy. Zawsze mogłem jako pierwszy skorzystać z łazienki, a nawet w spokoju zjeść. Po szybkim prysznicu dokładnie osuszyłem ręcznikiem włosy i zszedłem na dół, by zrobić sobie śniadanie. Ze zdziwienia zatrzymałem się na ostatnim stopniu, kiedy zobaczyłem macochę siedzącą przy stole z kubkiem kawy. Najprawdopodobniej czekała na mnie, bo cóż by innego miała robić o tej godzinie? Powoli wszedłem do pomieszczenia podchodząc do blatu. Włączyłem czajnik, wyciągnąłem z szafki kubek, wsypałem do niego dwie łyżeczki cukru i wrzuciłem kompres z herbatą. Gdy pojawiłem się w pomieszczeniu kobieta uniosła głowę, ale nic nie powiedziała, tylko mnie obserwowała. Słysząc pstryknięcie zalałem naczynie wrzątkiem. Po chwili wyrzuciłem torebkę z liśćmi, wcisnąłem trochę cytryny i zamieszałem. Idealny napar był już gotowy, kolej na jedzenie. Niezbyt chciało mi się robić coś wyszukanego, dlatego postawiłem na jajecznicę z serem, szynką i szczypiorkiem. Gdy moje śniadanie było gotowe usiadłem przy stole obok kobiety i bez słowa zacząłem jeść. Gdy byłem już w połowie blondynka zabrała głos:

- Długo rozmawiałam wczoraj z twoim ojcem, na temat twojej kary za niesubordynację i doszliśmy do wniosku, że lepiej zostawić wykonanie jej komuś odpowiedniemu niż samemu się z tobą męczyć.

- Więc co? Wyślecie mnie do obozu pracy?

- Nie, ale twój ojciec to rozważał. Powinieneś być mi wdzięczny, że odwiodłam go od tego pomysłu.

- Nie tylko od pomysłu, ale od jego żony też.

Kobieta zmarszczyła brwi i zacisnęła usta w wąską kreskę, ale nie dała się sprowokować. Uśmiechnęła się wyniośle patrząc na mnie z góry:

- Loki wspominał, że chcesz zmienić szkołę.

Odłożyłem widelec wbijając gniewny wzrok w macochę. Nie! Pozwoliłem sobie zabrać wszystko – każde marzenie, normalne życie, ale tego im nie oddam! Wyrwę się z tego domu choćbym miał uciec z niego w środku nocy!

- Może chcę, i co z tego? Zabronisz mi?

- Nie tym tonem gówniarzu! Czy tego chcesz czy nie teraz jestem twoją matką, więc to ja decyduje gdzie się uczysz. Należy mi się chociaż trochę szacunku.

- Na szacunek to trzeba sobie zasłużyć.

- Możesz podziękować bratu, bo on też chciał zmienić szkołę. Wysyłam was razem do prywatnej akademii „Canto Sirenes” w Arendal. Jako jej absolwentka mam tam różne znajomości i dojścia dlatego zadzwoniłam do nich wczoraj, wysłałam wasze dane i dzisiaj dostałam odpowiedź, że was przyjęli.

- Skończyłaś tę szkołę? Jak tam jest?

Kobietę zaskoczył mój normalny ton, dlatego na chwilę patrzyła na mnie jak na zjawisko paranormalne, po czym zamrugała, a jej twarz złagodniała. Nawet lekko się uśmiechnęła:

- To piękne i magiczne miejsce, aż żal było stamtąd odchodzić. W końcu Arendal to mój dom.

- Więc co robisz w Oslo?

Blondynka na chwilę zastygła, to jeszcze nie czas na takie pytania i odpowiedzi. Podniosła się z krzesła ignorując moje wcześniejsze pytanie:

- Idź się spakować. Wyjeżdżacie o ósmej.

Wyszła zostawiając mnie samego z kłębiącymi się myślami. Śniadanie całkowicie wystygło, więc dopiłem tylko herbatę, posprzątałem po sobie i pobiegłem na górę. Chociaż nie było tego widać na mojej twarzy to od środka rozpierała mnie radość. Wyjeżdżam i to do szkoły, którą sobie wybrałem. Nie wiem czy to przypadek, że Loki nie wiedział gdzie chcę iść, czy przemilczał ten fakt, ale najważniejszy był efekt końcowy – mój wyjazd do Arendal! Wyciągnąłem walizkę i jako, że jestem dosyć ułożonym i schludnym człowiekiem, po czterdziestu minutach byłem gotowy. Była prawie siódma dlatego miałem dla siebie jeszcze trochę czasu. Napisałem krótką wiadomość Emilowi żeby szykował się na nasze spotkanie. Tak się cieszę z tego wyjazdu, i że go zobaczę… Od miesięcy się tak nie czułem. Może jeszcze kiedyś uda mi się przywrócić choć cień tego jaki byłem wcześniej? Wyciągnąłem z szafy mały plecak i futerał ze skrzypcami. Gitara jest za duża, by ją ze sobą zabrać, ale skrzypce to co innego. Do plecaka włożyłem moje przybory do malowania, notes z rysunkami, zapisy nutowe, kilka długopisów, trochę słodyczy z szafki, mojego niebieskiego notebooka i oczywiście mojego misia. Zniosłem bagaże na dół, by potem nie musieć się tym zajmować i wróciłem do siebie. Żeby czas szybciej mi zleciał położyłem się na łóżku słuchając muzyki z telefonu, ale tym razem na głośniku, w razie gdyby Sam znowu miała zamiar mnie zawołać. O siódmej czterdzieści, tak jak się spodziewałem, z dołu dobiegł mnie głos macochy. Wyłączyłem odtwarzacz i z telefonem w ręku pognałem na dół. Loki i jego matka już na mnie czekali.

- Ubieraj się, ojciec już czeka na was w samochodzie. Zawiezie was na dworzec.

Bez słowa ruszyłem przed siebie. Wciągnąłem na nogi kozaki, zarzuciłem kurtkę na ramiona, szybko zawiązałem szalik i naciągnąłem czapkę na głowę. Mój brat też był już ubrany, więc oboje ruszyliśmy do drzwi. Przed autem zatrzymały nas słowa kobiety:

- Uważajcie na siebie. Arendal jest dość… specyficznym miejscem.

- Spokojnie mamo, będziemy – odpowiedział za nas obu czerwonooki.

Blond włosa kobieta przytuliła najpierw syna, a potem ku mojemu wielkiemu zdziwieniu mnie. Byłem w lekkim szoku, więc prawie przegapiłem, to co wyszeptała mi do ucha:

- W plecaku masz list od matki i notatkę ode mnie. Otwórz je dopiero jak już będziesz sam.

Kiedy mnie uwolniła jedyną moją odpowiedzią było skinięcie głową. Wsiadłem na tylne siedzenie obok brata nie chcę siedzieć koło ojca. Gdy odjeżdżaliśmy z podjazdu niebieskooka kobieta krótko nam pomachała i szybko zniknęła w domu, gdyż była ubrana w cienkie ubrania, a na dworze było dosyć zimno. W mojej głowie było pełno różnych myśli – „Co teraz? Czy moje życie w końcu się ułoży? Co nas tam czeka? Co jest w liście? Czemu matka go napisała, i czemu miała go Samantha? Jaka jest moja nowa szkoła? Czy będę się tam dobrze czuł?” i wiele, wiele innych. Ale tym zajmę się później, teraz najważniejsza jest podróż i pożegnanie z ojcem. Mam nadzieję, że obejdzie się bez krzyków i kłótni. Moja prośba mogłaby chociaż raz zostać wysłuchana. I została.
________________________________________________________

*Konge (z norw.) - Król



Do następnego :)